Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Ciekawy wieczór z historią w tle w Somoninie. Prezentacja książki o Marszu Śmierci oraz niezwykłych pamiątek po więźniach obozu Stutthof

Lucyna Puzdrowska
Lucyna Puzdrowska
16 lutego w Somoninie odbyła się promocja książki "Marsz Śmierci: ewakuacja lądowa więźniów KL Stutthof w 1945 roku".
16 lutego w Somoninie odbyła się promocja książki "Marsz Śmierci: ewakuacja lądowa więźniów KL Stutthof w 1945 roku". Lucyna Puzdrowska
W piątkowy wieczór, 16 lutego w Gminnym Ośrodku Kultury w Somoninie odbyła się promocja książki "Marsz Śmierci: ewakuacja piesza więźniów KL Stutthof i jego podobozów w 1945 roku". W spotkaniu z mieszkańcami gminy udział wzięli jej współautorzy dr. Marcin Owsiński i Agnieszka Kłys. Towarzyszyła im kustosz Bogusława Tartakowska, opiekun kolekcji muzealiów w Muzeum Stutthof.

Już na wstępie należy podkreślić, że nowa książka jest rozszerzonym wydaniem publikacji "Marsz Śmierci", wydanej w w 1992 roku przez Janinę Grabowską, ówczesną dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie.

- Książka, którą mamy zaszczyt dziś państwu zaprezentować, została napisana w oparciu o tę wydaną w 1992 roku przez naszą panią dyrektor - mówił dr Marcin Owsiński. - Naszą, bo swego czasu wszystkich nas zatrudniała, umożliwiając tym samym dalsze rozwijanie naszej drogi zawodowej, ale też pasji i zainteresowań. Nasza publikacja tematycznie jest związana z pierwowzorem, ale poszliśmy znacznie dalej i dokładniej zgłębiliśmy temat. To hołd dla pani Janiny Grabowskiej, ale też dla wszystkich mieszkańców Kaszub, którzy wspierali, pomagali więźniom Marszu Śmierci, często ratując im życie.

Nowa książka objętościowo pięciokrotnie przewyższa jej pierwotną wersję. Jest bogatsza między innymi o wypowiedzi, wspomnienia osób, które przeżyły Marsz Śmierci.

- Niestety, nie zachowały się lub pewnie po prostu nie powstały żadne zdjęcia z Marszu Śmierci - opowiadał Marcin Owsiński. - Ci ludzie nie mieli jedzenia i ciepłych ubrań, a idąc w mrozie i śniegu myśleli tylko o tym, by przeżyć. Nie mieli na czym i czym pisać, a co dopiero fotografować. Zachowały się jednak nieliczne grafiki, szkicowane przez więźniów, a także napisy wyryte w miejscach ich przystanków, na przykład w kościołach.

W monografii wykorzystano wiele nowych, nigdy nie publikowanych relacji ze zbiorów i kolekcji prywatnych, zaprezentowano efekty prac terenowych, załączono dziesiątki nowych ilustracji i zdjęć. Integralną częścią monografii jest 11 nowych, dużych map oraz kilkanaście planów miejscowości, opracowanych we współpracy z Jarosławem Ellwartem, właścicielem Wydawnictwa Region, które też jest wspólnie z Muzeum Stutthof wydawcą książki.

To był niezwykły wieczór z historią w tle

Przejmująca była opowieść Marcina Owsińskiego na temat Marszu Śmierci, ale przede wszystkim głęboko poruszały fragmenty książki, które przytaczał, zwłaszcza wspomnienia osób, które z tej dramatycznej "ewakuacji" uszły z życiem. Bo czyż można to nazwać prawdziwą ewakuacją? Ci ludzie szli na pewną śmierć, a kto się ociągał i spowalniał marsz, ginął od kul pilnujących więźniów, Niemców. To między innymi dlatego tak bardzo różnią się liczby więźniów, którzy wyruszyli z obozu i podobozów Stutthof, z liczbą osób, które ocalały.

„Wieś sprawiedliwych. Świadkowie” - prapremiera filmu

Jak podkreślali autorzy książki, te różnice w liczbach, to też efekt wspaniałej i bardzo odważnej postawy Kaszubów, albowiem część więźniów znalazła schronienie w kaszubskich wsiach, innym umożliwiono ucieczkę.

Duże wrażenie na zebranych w somonińskim GOK-u wywarły pamiątki po więźniach obozu Stutthof. Bogusława Tartakowska, kustosz w Muzeum Stutthof, pokazała zebranym kilka, jak na przykład oryginalny pasiak z Marszu Śmierci, aluminiowa łyżka, mocno zdeformowany metalowy kubek czy obuwie, które udało się pozyskać muzeum dzięki ofiarności ks. Krzysztofa Sagana, proboszcza parafii pw. WNMP w Żukowie.

- Te buty przetrwały w żukowskiej świątyni przez wiele dekad - opowiadała Bogusława Tartakowska. - Dopiero podczas remontu chóru pracownicy je znaleźli, a ksiądz proboszcz obeznany z historią, wiedząc, że w kościele w 1945 roku stacjonowali więźniowie obozu Stutthof , przekazał je naszemu muzeum. To cenna pamiątka, która wzbogaciła nasze inne przekazane wcześniej przez ocalałych więźniów, bądź ich rodziny.

Jak dodała kustosz Muzeum Stutthof, wszystkie te pamiątki są bezcenne, choć finansowo są niewiele warte i bardzo trudno je wyceniać. Bo ile może kosztować zdeformowany kubek, stara łyżka, papierośnica czy prawie puste opakowania po lakierach do paznokci, bo i takie się zdarzały. Więźniowie, wyruszając w Marsz Śmierci, zabierali to, co mieli.

- To tak, jak gdyby teraz państwa aresztowano i wywieziono. Każdy zabrałby to, co ma przy sobie, w kieszeni czy torebce - mówiła dalej Bogusława Tartakowska. - Stąd znajdujemy nawet całkiem zwyczajne przedmioty codziennego użytku.

Jednak największe poruszenie wywołał ocalały skórzany pasek do spodni, którym więzień najprawdopodobniej podtrzymywał spodnie i pasiak, zwłaszcza po kilku dniach marszu bez posiłku, kiedy waga spadała, a ubrania zaczęły zwisać.

- Dopiero, gdy nasi konserwatorzy go oczyścili, ukazały się zawarte, a w zasadzie wyryte w pasku napisy z datami i miejscowościami, którymi więzień się poruszał w Marszu Śmierci - kontynuuje kustosz Muzeum Stutthof.

Jak dodaje, coraz mniej tak cennych historycznie pamiątek trafia do muzeum. Żyje niewiele osób, które przeżyły Marsz Śmierci, a ich rodziny, albo nie chcą się z tymi pamiątkami rozstawać ze względów sentymentalnych, albo nie zdają sobie sprawy z wagi posiadanych gdzieś w domu przedmiotów.

Bogusława Tartakowska zwróciła też uwagę na fakt, że teren obecnego Muzeum Stutthof jest znacznie mniejszy od terenu dawnego Obozu Stutthof.

Większość tego terenu należy dziś do Lasów Państwowych i jeśli za ich zgodą na dawnych terenach obozu odbywają się jakieś wykopaliska, trafiają do muzeum kolejne przedmioty należące do więźniów Obozu Stutthof.

- Często dzieje się też tak za sprawą natury. Po deszczach krety ryją zmiękczoną ziemię i na zewnątrz wydostają się przedmioty, skrywane przez dziesięciolecia. Cieszymy się z każdej takiej pozyskanej pamiątki - dodaje Bogusława Tartakowska.

Tę książkę warto mieć w swojej kolekcji

Na pewno będzie sentymentalną pamiątką dla mieszkańców Pomieczyna, Żukowa, Luzina czy Lini, o których mnóstwo w książce, ale też dla innych mieszkańców Kaszub, bo autorzy nie pominęli w tej publikacji nikogo ani niczego związanego z Marszem Śmierci w 1945 roku.

Uwzględnili w tej monografii również inne publikacje, które powstały w ostatnich latach, a związane są z Marszem Śmierci.

Dr Marcin Owsiński i Agnieszka Kłys przybliżyli podczas tego wieczoru wspomnieniowego, ale też promocyjnego, wiele ciekawych wspomnień osób, które przeżyły tę gehennę, jak również osób, które próbowały mniej lub bardziej skutecznie uratować im życie. I nie ma co ukrywać, ale pewnie państwo doskonale o tym wiedzą, podejmowali te heroiczne czyny wiedząc, że za pomoc więźniom grozi im śmierć.

Nie zdradzamy za wiele z treści samej książki, ale na pewno warto ją mieć w swojej kolekcji.

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kartuzy.naszemiasto.pl Nasze Miasto