Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Kaszubska Wigilia wczoraj i dziś. Nim zaniknie tradycja

Krzysztof Maria Załuski
Krzysztof Maria Załuski
Kaszubska Wigilia wczoraj i dziś. Nim zaniknie tradycja
Kaszubska Wigilia wczoraj i dziś. Nim zaniknie tradycja Dziennik Bałtycki / KMZ / AI
Słowo „wigilia” wywodzi się z łaciny. „Vigilia” oznacza straż, czuwanie. Czuwanie przed narodzeniem Dzieciątka… Ustanawiając święto Bożego Narodzenia, Kościół nawiązywał do starych tradycji świata pogańskiego, gdzie jednym z najważniejszych wydarzeń było przesilenie dnia z nocą. To właśnie w tym czasie dzień przestaje się skracać i po paru dobach wahania, zaczyna się wydłużać. Jest to więc symbol narodzenia nowego życia.

Dla starożytnych moment przesilenia stanowił zwycięstwo światła nad ciemnością, życia nad śmiercią. Takiego święta dwa tysiące lat temu młody kościół chrześcijański nie mógł zlekceważyć i musiał je jakoś zagospodarować. Z tamtych czasów wywodzi się zapewne obyczaj stawiania dodatkowego nakrycia na wigilijnym stole. Było ono, nie jak dziś, przeznaczone dla niespodziewanego gościa, lecz dla duchów zmarłych przodków.

Podobnie, ale inaczej. Jakie są kaszubskie zwyczajne świąteczne?

Wigilijne zwyczaje na Kaszubach są zbliżone do ceremonii pielęgnowanych w innych częściach kraju, tu i ówdzie można jednak dostrzec znaczące różnice. Polskie tradycje uczty wigilijnej mają około trzystu lat. Niewiele krótszy jest zwyczaj stawiania w domu i ubierania choinki. Świąteczne drzewko przywędrowało do nas z Niemiec. Miało symbolizować rajskie Drzewo Wiadomości Dobrego i Złego, dlatego powinny na nim wisieć jabłka – pamiątka owego owocu, który wbrew bożemu zakazowi zerwała biblijna pramatka, Ewa.

Na Kaszubach choinka zadomowiła się stosunkowo późno, bo dopiero z początkiem XX wieku. Również powoli, w stosunku do innych dzielnic, wchodziła tradycja łamania się opłatkiem. Z początku zwyczaj ten praktykowano tylko w ziemiańskich dworach i w domach zamożniejszych gospodarzy. Być może był to wyraz pewnego konserwatyzmu Kaszubów, niechętnie przyjmujących obce nowinki.

Przygotowania do Wigilii rozpoczynały się na kaszubskiej wsi już z początkiem adwentu. Do tego czasu należało ukończyć wszystkie prace polowe - nie uchodziło, aby gospodarz w grudniu wychodził na swój zagon z końmi. W kościołach wczesnym rankiem odprawiano roraty, w których obowiązkowo brały udział wiejskie kobiety z dziećmi. W szkołach organizowano bożonarodzeniowe przedstawienia, czyli jasełka. Właściciele gospodarstw doprowadzali swe obejścia do porządku… Chałupa, podwórze, budynki inwentarskie – wszystko musiało błyszczeć.

Już na dwa tygodnie przed Wigilią po wsi chodzili chłopcy z szopką. Szopki były drewniane, przyozdobione domowym sposobem. Z papieru formowano postacie Świętej Rodziny, Trzech Króli, pasterzy, zwierząt. Centralną postacią szopki była oczywiście figurka Jezusa Chrystusa. Kolędników musiało być minimum trzech. Byli ucharakteryzowani na bociana – symbol zbliżającego się Nowego Roku, kozła – płodności i niedźwiedzia – przedstawiciela wrogich sił przyrody. Chłopcy chodzili od domu do domu, a wpuszczani do izby śpiewali kolędy. Tradycyjnie obdarowywano ich drobnymi monetami.

Czas na psoty, czyli kim są gwiżdże?

W wigilijne przedpołudnie we wsi pojawiali się gwiżdże. Była to, podobnie jak w przypadku kolędników, grupa przebierańców, ale znacznie liczniejsza. Przewodził główny gwiżdż, w czapce ze słomy, którego atrybutami był dzwonek i gwizdek używany przez nocnych stróżów. Prócz tradycyjnego bociana, kozła i niedźwiedzia na łańcuchu, grupę uzupełniał dziad i baba, Żyd lub Cygan, zły duszek Pùrtk i Śmierć z kosą. Towarzyszył im akordeonista, który po wejściu do chałupy wygrywał skoczne melodie. Niedźwiedź pląsał, bocian szczypał dziewczęce pośladki drewnianym dziobem, inni członkowie grupy porywali domowników do tańca. Główny gwidżdż rozdawał grzecznym dzieciom cukierki i orzechy, niegrzeczne chłostał korbaczem, czyli słomianym powrósłem. Gwiżdże, podobnie jak kolędnicy byli wynagradzani miedziakami, a ponieważ byli to już dorośli parobcy częstowano ich „na rozgrzewkę” kieliszkiem wódki. W jakim stanie znajdowali się po obejściu całej wsi, lepiej nie wspominać.

Gwiżdże jeszcze raz dawali o sobie znać w przeddzień Nowego Roku. Był to czas na psoty. Gwiżdże potrafili nie tylko wyprowadzić gospodarzowi wóz na środek zamarzniętego jeziora, ale nawet rozebrać go na elementarne części. Wyjmowali bramy z zawiasów, odstawiając je na bok. Zdarzały się przypadki, że psia buda razem z jej lokatorem lądowała na dachu stodoły. Psotnicy zatykali także przewody kominowe, co z punktu widzenia dzisiejszych przepisów przeciwpożarowych byłoby nie do przyjęcia.

Hej kolęda, kolęda. Tradycja, piękna tradycja!

W dniu wigilijnym Kaszubi pościli od samego rana. Uczta rozpoczynała się z chwilą zabłyśnięcia pierwszej gwiazdy. Z tym, że „uczta” to słowo użyte nieco na wyrost. Gospodarząc na lichych ziemiach, nie wszyscy mieszkańcy Kaszub mogli sobie pozwolić na wystawne posiłki.

Na zasłanym białym obrusie (siano pod spodem mogło być, ale niekoniecznie), znajdowało się najczęściej to, co wyhodowano w polu i w ogrodzie. A więc kasza, groch, pierniki z marchwi, zbożowa kawa, lub miętowa herbata. Obowiązkową potrawą była zupa brzadowa, gotowana na suszonych owocach z kluskami.

W miarę jak podnosiła się stopa życiowa miejscowej ludności, Wigilie stawały się coraz obfitsze. Po zupie podawano trzy rodzaje śledzi: z jabłkami, ze śmietaną na słodko i z olejem. Do tego „pulki”, czyli ziemniaki w mundurkach. Główne danie stanowił karp, lub karaś.

Rybacy z Półwyspu Helskiego często raczyli się węgorzem z kluskami i śliwkami. Na deser był makowiec, babka drożdżowa, czasem sernik, owoce. W żadnym szanującym się domu nie pito do Wigilii alkoholu. Przy stole zabawiano się rozmową, śpiewano kolędy. Potem całe rodziny szły na pasterkę. Dopiero po nabożeństwie można było napić się piwa lub wódki, przegryzając wędlinami własnego wyrobu. W tym celu przed świętami zabijano świniaka, oraz kilka gęsi.

Ponieważ, zgodnie z tradycją, świadkami narodzin Dzieciątka były zwierzęta, Wigilia stawała się dniem szczególnej troski o to co fruwa, skacze, biega, ryczy, gdacze, szczeka lub miauczy. Domowe zwierzęta dostawały dodatkowy posiłek, do którego dodawano okruchy z wigilijnego stołu – chleb, kluski. Ptakom gospodynie wystawiały do ogrodu snop niemłóconego zboża.

W drugi dzień świąt do kościoła przynoszono nieco owsa do poświęcenia. Owies był następnie rozrzucany po polach, co miało zapewnić urodzaj w nadchodzącym Nowym Roku. Święconym zbożem karmiono także inwentarz żywy. Na Kaszubach nie było natomiast zwyczaju, aby prezenty dzieciom wręczał święty Mikołaj. Rolę tę spełniał Gwiazdor. Miał on na sobie kożuch, wywrócony włosiem na wierzch i przepasany słomianym pasem. Na twarzy maskę, wykonaną z cielęcej skóry, tak zwaną „larwę”. Maska pozwalała Gwiazdorowi zachować anonimowość wobec ciekawskiej dzieciarni.

Słoma i wróżby. Bez pracy aż do święta Trzech Króli!

Ważną rolę w kaszubskich obyczajach świątecznych odgrywała słoma. Snopy z żyta, pszenicy, owsa i jęczmienia stawiano w kątach izby i ozdabiano kolorowymi wstążkami. Zwyczaj ten obowiązywał zarówno w chłopskich chatach, jak i w dworskich salonach.

Również w Wigilię gospodarze opatulali drzewa owocowe słomianymi chochołami, aby zabezpieczyć je przed mrozem i leśnymi gryzoniami. Właściciel sadu uderzał przy tym obuchem siekiery w pień, grożąc drzewu, że je zetnie, jeśli będzie się leniło z wydaniem owoców. Stukano także laskami w ule, przypominając pszczołom o czekającym je obowiązku gromadzenia miodu. Słomę z wigilijnych snopów rzucano potem w zasiane jesienią oziminy, co miało je chronić przed wymarznięciem i, podobnie jak święcony owies, zapewnić dobry przyszłoroczny plon. Słoma służyła też do wypełniania sienników, a nawet poduszek pod głowę. W myśl kaszubskiego porzekadła: „Na słomie człek sa rodzy i na słomie umiro”.

W okresie od Wigilii do święta Trzech Króli we wsiach powstrzymywano się od prac domowych, takich jak pranie, szycie, przędzenie. Był to czas zabawy, tańców, śpiewów, wróżenia sobie przyszłości. Wróżby odnosiły się zwykle do przepowiadania pogody na przyszły rok, długiego życia, czy też prędkiego zgonu, ożenku lub zamążpójścia. Był zwyczaj lania roztopionego ołowiu na wodę. Rzucano trzewikiem ponad głową w kierunku drzwi. Jeśli trzewik upadł nosem ku wyjściu, rzucający mógł się spodziewać opuszczenia domu w niedługim czasie – skutkiem własnego ślubu, ale także i pogrzebu. W niektórych wsiach wpuszczano do izby gąsiora. Do której dziewczyny ptak najpierw podszedł, ta jako pierwsza miała wyjść za mąż.

Cios starym obyczajom zadały elektroniczne media – telewizor i radio. Komputer i smartfon dokończyły dzieła. Wprawdzie i dziś w niektórych tradycyjnych rodzinach kaszubskich w wigilijny wieczór zarówno radio jak telewizor są wyłączone, a biesiadnicy umilają sobie czas śpiewaniem kolęd, ale domów takich jest coraz mniej.

Cóż, świat się zmienia w tempie, jakiego nie znały ubiegłe wieki. Globalizacja i konsumpcjonizm nie służą kultywowaniu tradycji. A szkoda, bo to właśnie tradycja kształtuje poczucie przynależności do grupy etnicznej, społeczności i narodu. Dzięki tradycjom z pokolenia na pokolenie przekazywane są wartości, wierzenia, zwyczaje i normy społeczne. Dzięki nim społeczności zachowują swoją tożsamość kulturową i ciągłość historyczną. Pielęgnujmy więc to, co w nas najpiękniejsze…

Jesteśmy na Google News. Dołącz do nas i śledź "Dziennik Bałtycki" codziennie. Obserwuj dziennikbaltycki.pl!

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Kaszubska Wigilia wczoraj i dziś. Nim zaniknie tradycja - Dziennik Bałtycki

Wróć na kartuzy.naszemiasto.pl Nasze Miasto