Jest żoną, mamą dziewięciorga dzieci, do tego fantastyczną gospodynią, a nawet... teściową! Mimo licznych obowiązków domowych z zaangażowaniem działa na rzecz lokalnej społeczności w Stowarzyszeniu Warownia Pirsneńska. - Grażyna to kobieta do tańca i do różańca - chwali koleżankę Mirosława Jaroś, szefowa stowarzyszenia. - W kuchni nie ma sobie równych. Jej dania popisowe to m.in. przegotówka, zrazy, karkówka czy udka nadziewane.

To wszystko to jednak za mało, by opisać panią Grażynę. Odwiedziliśmy ją - jej ciepłe, klimatyczne domostwo i szczęśliwą rodzinę, w której od zawsze tata był od zarabiania na dom, a mama od tego, by w tym domu panowała serdeczna, pełna miłości atmosfera.

Państwo Grażyna i Stefan Szutenbergowie



Młodym, współczesnym mamom, wychowanie dziewięciorga dzieci wydaje się abstrakcją. Okazuje się, że można!
- Jak się chce, to wszystko można! - śmieje się pani Grażynka. - Proszę sobie wyobrazić, że dopiero gdy urodziło się nam siódme dziecko, dorobiliśmy się pralki automatycznej. Wcześniej służyła mi poczciwa frania. Mimo braku tych wygód, pieluchy moich dzieci były białe jak śnieg (wówczas używało się tetrowych - dop. red.)! Znalazłam czas na to, by je wygotować, a po wysuszeniu na dworze, wszystkie niemowlęce, potem dziecięce ubranka wyprasować. Nie było łatwo, ale nasz dom zawsze był pełen śmiechu, radości i tupotu dziecięcych stópek. Wychowywałam dzieci tak, żeby szanowały rodziców i nam pomagały. Przyniosło to owoce, bo potem starsze dzieci bez narzekania wspomagały mnie bardzo w opiece nad swoim młodszym rodzeństwem. I tak trzeba było żyć. Nie było 500 plus, więc radziliśmy sobie z pensji męża.

Wcześniej też nie było łatwo



Pani Grażyna, zanim założyła rodzinę, pracowała zawodowo, ale po wyjściu za mąż, skupiła się wyłącznie na zapewnieniu mężowi ogniska domowego i wychowywaniu dzieci, które pojawiały się na świecie co rok, dwa lata.
Państwo Szutenbergowie nie planowali aż tylu dzieci, ale dziś dziękują Bogu, że je mają.
- Najmłodsza Kinga przyszła na świat, gdy miałam 47 lat - kontynuuje pani Grażyna. - To było ryzyko, ale zawierzyliśmy Bogu, że będzie zdrowa.
Pani Grażyna bała się o zdrowie dziecka do ostatniej chwili.
- Wiele osób pocieszało mnie, że ryzyko zagrożenia zdrowia dziecka jest mniejsze, jeśli jest to poród któryś z kolei, ale i tak bardzo drżałam o zdrowie naszego maleństwa. Pewnie dlatego poszłam do lekarza dopiero w 7 miesiącu ciąży, zwyczajnie z tchórzostwa - wspomina tamte dni pani Grażyna. - Bałam się, że jeśli usłyszę o zagrożeniach, braku odpowiedzialności, to już na pewno się załamię.
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i na świat przyszła Kinga, obecnie światełko tego domu.
- Dziś, mąż, patrząc na Kinię, często powtarza: "zobacz jacy bylibyśmy samotni, jak byłoby tu pusto i cicho, gdyby tych naszych najmłodszych zabrakło" - mówi ze wzruszeniem pani Grażyna.

I to prawda, najmłodsze córki: Martyna, Julia i zwłaszcza Kinga, to dumy rodziców. Podczas, gdy starsze rodzeństwo już wyfrunęło z gniazda, trzy córeczki wciąż wnoszą w dom Szutenbergów dużą dawkę radości.

Do tego pojawiły się wnuki…



To one co rusz wpadają do babci na pyszne jedzonko, zwłaszcza słodkości, w których pani Grażynka jest mistrzynią. Zresztą, trudno wymienić cokolwiek, w czym tą mistrzynią nie jest.
- Gdybym mogła, to nieba im bym przychyliła, więc pichcę tu dla nich te smakołyki, jeśli wiem, że przyjdą czy przyjadą – mówi pani Grażyna.

Teściowa na medal!



O teściowych krąży tysiące dowcipów, tymczasem synowe naszej supergospodyni trzymają „sztamę” z teściową, chociażby dlatego, że nauczyła ich mężów radzić sobie zarówno z tzw. męskimi, jak i kobiecymi obowiązkami.
- Moje chłopaki potrafią zrobić w domu wszystko, zarówno w kuchni, jak i wyprać czy wyprasować - mówi dumna mama. - Bez problemu przewiną czy wykąpią maluszka. Nauczyli się tego w domu, więc jestem spokojna, że poradzą sobie w życiu. Nie ukrywam, że jestem z nich bardzo dumna, a moje synowe uwielbiam.

Mąż miał dwie lewe ręce do prac domowych



Choć małżonkowie Grażyna i Stefan bardzo się kochali, to jednak w tym duecie były wyraźnie podzielone role: Grażyna - dom i dzieci, Stefan - zarabianie pieniędzy.
- Mój mąż pracował, żeby nas utrzymać i jak już wracał z pracy do domu, to dzieci przeważnie albo spały, albo się do nocnego wypoczynku przygotowywały - mówi pani Grażyna. - Podejrzewam, że mój mąż nie umiałby założyć dziecku pieluchy czy już w ogóle w dzisiejszych czasach, pampersa. Taki podział ról był w naszej rodzinie oczywisty, bo przecież tak liczną gromadkę pociech trzeba wychować, ale przede wszystkim utrzymać.

Żona, mama, babcia, teściowa, a do tego super kucharka?!



Pogodzenie tylu funkcji wydaje się niemożliwe, a jednak dla naszej supergospodyni nie stanowi żadnego problemu.
- Wychowując te moje pociechy musiałam też myśleć o tym, żeby było w domu co zjeść – śmieje się pani Grażynka. - Jako panna pracowałam w gastronomii, więc ogarnięcie kuchni domowej nie było dla mnie szczególnym problemem. Po kolei wprowadzałam w życie naszej rodziny moje i odziedziczone po mamie i babci przepisy kulinarne. Przy kilkorgu dzieciach starałam się wykorzystać czas, gdy poszli spać. To m.in. w ten sposób byłam w stanie zorganizować kolejne chrzciny, potem przyjęcia komunijne i inne uroczystości. I robiłam to wszystko głównie po nocach. Dziś sama nie wierzę, że miałam tyle sił i samozaparcia, by te imprezy rodzinne organizować. Tym bardziej, że nie było wtedy takich wygód, nowoczesnych kuchenek, mikrofalówek itp.

Stowarzyszenie Warownia Pirsneńska… strzałem w dziesiątkę!



To stowarzyszenie powstało w 1997 roku z inicjatywy Mirosławy i Andrzeja Jarosiów. Nie mogło w nim zabraknąć pani Grażyny, która potrafi wesprzeć każde dzieło służące lokalnej społeczności.
I stało się, Grażyna Szutenberg stała się filarem stowarzyszenia. Pyszne dania, przysmaki, które oferuje gościom, wpisały się w klimat tegoż stowarzyszenia. Na imprezach przez nich organizowanych warto być, chociażby z uwagi na rarytasy, które pojawiają się na stołach.
- Daniem, takim popisowym mojej mamy, jest na pewno kaczka nadziewana. Nadziewa ją wszystkim, co akurat ma pod ręką, jabłkami, śliwkami czy innymi owocami - mówi córka Martyna. - Wiem natomiast, że mama kocha robić ciasta, ale torty… to już tak niekoniecznie.. (śmiech)

Seksi mama i babcia!



Fantastyczna żona, mama, z której dzieci są dumne i patrzą na nią z miłością, babcia, która tuli wnuki, a do tego uwielbiana teściowa - taką osobę ujrzałam na własne oczy, przebywając w domu Szutenbergów w Pierszczewie.
To nie wszystko, ponieważ poza tymi przymiotami, pani Grażyna jest również piękną kobietą, o której nikt nie powiedziałby, że urodziła dziewięcioro zdrowych dzieci. Do tego jest tak pełna energii, życzliwości i humoru, że każdy wchodząc do tego domostwa czuje się jak w rodzinie.
- Wcześniej wraz z całą liczną rodziną mieszkaliśmy z teściową w mniejszej części domu - opowiada pani Grażyna. - Mieliśmy dla siebie praktycznie jeden pokój na taką liczbę dzieci. Powiem pani, że były tego plusy i minusy. Po latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że więcej było plusów. Dzięki tej niewielkiej powierzchni byliśmy ze sobą tak naprawdę. Co to znaczy? My ze sobą rozmawialiśmy! Nie ma bliskości, jeśli każdy członek rodziny zamyka się w swoim pokoju, w swoim świecie, do tego często wirtualnym. Do dziś tak jest, że przy posiłkach siedzimy razem i nie ma rozmów o niczym innym, tylko o naszych radościach i bolączkach. Proszę mi wierzyć, że to procentuje.

Był też czas na obróbkę gospodarstwa



Rodzina Szutenbergów miała też gospodarstwo, przy którym trzeba było pracować. I teraz reasumujmy - dziewięcioro dzieci i do tego zwierzęta, którymi trzeba było się zająć. Wychodzi na to, że nasza rozmówczyni to nie tylko supergospodyni, a wręcz... superbohaterka!
- Mieliśmy krowę, gęsi, kaczki, kury – mówi pani Grażynka. - Było ciężko to wszystko ogarnąć, ale byłabym hipokrytką nie przyznając, że bardzo nam ta krowa w życiu pomogła. Miałam z niej mleko, a z niego robiłam twaróg, masło i ser. Robiłam naprawdę wszystko: swojski ser twardy czy serek topiony. Robiąc to wszystko własnoręcznie, łatwiej było żyć.

Niebo w gębie!



Kuchnia w wykonaniu Grażyny (przeszłyśmy na „ty”) to przysłowiowe niebo w gębie! Raczy swoimi przysmakami bliskich od wielu lat, ale też udziela się w stowarzyszeniu Warownia Pirsneńska. Podczas uroczystości 10-lecia działalności organizacji, mogliśmy rozsmakować się m.in. w jej potrawach. Te pierwsze wrażenia potwierdziła wizyta w domu Grażyny, gdzie stół uginał się od przysmaków. Jej pieczona kaczka z nadzieniem, faszerowane udka czy tatar, to istne mistrzostwo świata!

Był też czas na rozrywki!



W tym życiu pełnym obowiązków, wychowywania dzieci, zajmowania się gospodarstwem i pracą zawodową ojca rodziny, małżonkowie Grażyna i Stefan znajdywali też czas na zabawy, taniec i śpiew. Niewiarygodne? A jednak prawdziwe! Potrafili tak wychować dzieci, że w późniejszych latach mogli już zaufać tym starszym, że zajmą się młodszymi, gdy oni wygospodarowywali sobie godziny, żeby pójść na zabawę wiejską czy wziąć udział w domowej prywatce.
- Brat mojego obecnego męża umawiał się z moją kuzynką i tak się poznaliśmy. Dokładnie w Boże Ciało doszło do naszej znajomości. Krótko potem zostaliśmy małżeństwem.
Jak dodaje pani Grażynka, nigdy nie myślała, że tak będzie wyglądać jej życie, że będzie miała tak wiele dzieci.
- Chcieliśmy od początku mieć dużą rodzinę, ale nie przypuszczaliśmy wówczas, że będzie aż tak liczna - śmieje się Grażyna. - Obecnie cieszę się, że ją mamy. To wielkie szczęście i wielki nadal obowiązek, ale tak bardzo kochamy te nasze pociechy...

Rozrywka

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!